Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość

Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość

Cierpliwość to drzewo, którego korzeń jest gorzki, ale owoce słodkie.

Jean-Jacques Rousseau

Podczas jednego z telewizyjnych wywiadów na pytanie, czego potrzeba, aby rozpocząć przygodę z kyudo, padła krótka odpowiedź: „Cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość”. To oczywiście jak najbardziej prawda, jednakże dało mi to do myślenia i nabrałem chęci, aby zagłębić się dużo bardziej w materię cierpliwości, czym naprawdę jest ów cierpliwość oraz co konkretnie wnosi do praktyki kyudo?

Zanim przejdę do bezpośrednich związków między tym stanem a kyudo, chciałbym przytoczyć kilka historii, refleksji i historycznych odniesień, które pomogą lepiej uchwycić sedno tematu. Będzie to nawiązywać do moich wcześniejszych rozważań nad genezą „sztuki niepróbowania” – zachęcam do odświeżenia tamtego tekstu. Tym razem jednak spróbujmy spojrzeć na zjawisko z nieco innej perspektywy, sięgając po prawdy uniwersalne, które wykraczają poza konkretną epokę, kulturę, system wierzeń czy nawet naszą codzienną działalność.

Zdaję sobie sprawę, że niektóre z poniższych spostrzeżeń mogą wydać się kontrowersyjne lub trudne do zaakceptowania. Warto jednak pamiętać, że to jedynie jeden z wielu sposobów rozumienia tematu, a nie prawda ostateczna – takowe nie istnieją.

Być może już w trakcie lektury część z Was dostrzeże, jak poszczególne wątki łączą się z kyudo. No to zaczynamy…

…  cierpliwości życzę Wam już teraz – przyda się. 😉

Pasja a cierpliwość

Skoro kyudo jest dla wielu z nas czymś więcej niż ćwiczeniem – prawdziwą pasją – zacznę od relacji między cierpliwością a pasją. Słowo „pasja” wywodzi się z łacińskiego passio, które z kolei pochodzi od czasownika patī oznaczającego „cierpieć, znosić, wytrzymywać lub ulegać czemuś”. Pierwotnie funkcjonowało w kontekście religijnym, z czasem nabierając szerszego znaczenia jako określenie intensywnych, pochłaniających doznań emocjonalnych. Warto zauważyć, że podobny dualizm obecny jest w angielskim suffer: słowo to oznacza zarówno „doświadczać bólu”, jak i „znosić coś z cierpliwością”. Świadczą o tym choćby wyrazy longsuffering (cierpliwe znoszenie trudów) czy insufferable (nie do zniesienia).

Polskie słownictwo prowadzi w tym samym kierunku. Jak wyjaśnia Poradnia Językowa Uniwersytetu Warszawskiego, rzeczownik cierpliwość pochodzi od przymiotnika cierpliwy, a ten z kolei od czasownika cierpieć. Słowotwórczo rzecz ujmując: cierpliwość to cecha tego, kto potrafi cierpieć, a cierpliwy to ten, kto cierpi. Samo „cierpieć” ma rodowód prasłowiański i pierwotnie oznaczało odczuwanie, znoszenie bólu lub przeciwności. Co ciekawe, w najstarszych źródłach wiązano je także z fizyczną twardością, sztywnością czy zdrętwieniem – echem tego znaczenia jest polskie słowo cierpnąć.

Widzę tu wyraźny związek z duchem drogi kyudo. Rozwój umiejętności i charakteru wymaga bowiem niekiedy długotrwałego wysiłku, który potocznie niekiedy nazywamy „cierpieniem”. To właśnie ów proces hartuje nas i czyni odpornymi na przeciwności.

Dodam jednak, że nie chodzi tu o idealizowanie bólu ani o sugerowanie, że droga rozwoju musi opierać się na wyrzeczeniach czy bólu. Nic bardziej mylnego, chodzi raczej o świadomą akceptację trudności jako naturalnego elementu praktyki, który – gdy zostanie przyjęty z uważnością – przestaje być przeszkodą, a staje się nauczycielem.

Sztuka nicnierobienia

Po pierwsze: kiedy mówię o „bezczynności”, nie mam na myśli lenistwa. Chodzi o coś zupełnie innego.

Dla kontrastu spójrzmy na współczesność, w której żyjemy z zjawiskiem, którego mało kto odważy się nazwać chorobą: kulturą pośpiechu, gloryfikacją bycia zajętym i prawdziwym kultem wyczerpania. Ustawiasz budzik na czwartą rano, pomijasz posiłki, chwalisz się, że spałeś zaledwie trzy godziny. Do zadań podchodzisz siłowo, nieprecyzyjnie, a swoje zmęczenie nosisz jak blizny po bitwie. Gdzieś w głębi duszy wierzysz, że to cierpienie to dowód, iż zasługujesz na sukces. Nic bardziej mylnego. To dowód, że twoja strategia po prostu nie działa. Zamiast bezustannie forsować rozwiązania, często wystarczy skupić się na tym, co istotne, na precyzji i na obecnej chwili. Jeden spokojny ruch, jedno przemyślane posunięcie – i cała szachownica zmienia układ. To nie kwestia szczęścia, lecz zaplanowanego działania.

Greg McKeown, autor książki Essentialism: The Disciplined Pursuit of Less, określa to mianem „stanu bezwysiłkowego”. To moment, w którym przestajesz pytać: „Jak mogę zrobić więcej?”, a zaczynasz zastanawiać się: „Co by było, gdyby to, co właściwe, było jednocześnie łatwe?”. Nie dlatego, że nie wymaga to umiejętności, lecz dlatego, że usunąłeś wszystkie przeszkody między sobą a działaniem, które naprawdę ma znaczenie.

Dlaczego więc tak trudno nam się zatrzymać? Ponieważ wysiłek imituje postęp. Mózg aktywuje te same ośrodki nagrody przy poczuciu produktywności, co przy rzeczywistym osiągnięciu. Nie rozróżnia bycia produktywnym od poczucia bycia produktywnym. Efekt? Jesteś stale zajęty i permanentnie wyczerpany. Wysiłek to hałas. Precyzja to potęga.

Aby lepiej to zrozumieć, cofnijmy się do roku 216 p.n.e.

Republika Rzymska krwawi. Hannibal, kartagiński wódz, właśnie rozbił rzymskie legiony pod Kannami. W jedno popołudnie zginęło nawet 50 tysięcy żołnierzy – największa klęska w historii Rzymu. Senat ogarnia panika, dowódcy żądają natychmiastowego kontrataku. Lud domaga się krwi, a duma państwa nie pozwala na bierność. W ten chaos wkracza jeden człowiek z propozycją najbardziej niepopularnej strategii, jaką można sobie wyobrazić: nic nie robić. Nazywał się Kwintus Fabiusz Maksimus, a jego plan był prosty, choć dla Rzymianów niewyobrażalny. Nie walczyć z Hannibalem frontalnie. Unikać otwartych bitew, w których Kartagińczyk miałby przewagę. Zamiast tego śledzić go, odcinać linie zaopatrzeniowe, niszczyć plony na jego drodze, nękać małymi wypadami i… czekać.

Rzym go za to znienawidził. Nadano mu przydomek Cunctator – „Zwlekający” lub „Odraczający”, a w ustach ludu była to obelga. Senatorzy zarzucali mu tchórzostwo, żołnierze kwestionowali jego męskość, tłum drwił z niego na ulicach. Każdy rzymski instynkt krzyczał: działaj, walcz, zyskaj chwałę. Fabiusz ignorował wrzask. Rozumiał to, czego nie pojmowali inni: Hannibal był mistrzem otwartego starcia. Cała jego strategia opierała się na tym, że Rzym rzuci się mu do gardeł. Odmawiając walki, Fabiusz odebrał mu jej scenę.

Hannibal latami wędrował po Italii. Wygrywał potyczki, które nie zmieniały układu sił, palił pola, które i tak były już spalone. Jego armia topniała, sojusznicy się wahali a zaopatrzenie topniało. Wygrał każdą bitwę, ale przegrał wojnę, bo wojna nigdy nie polegała na bitwach, lecz na wytrwałości. A człowiek, który „nic nie robił”, przetrwał najgroźniejszego dowódcę starożytności.

Historia ostatecznie przyznała mu rację. Rzymianie zrozumieli, że jego „bezczynność” była w rzeczywistości najbardziej precyzyjną strategią. Przydomek Cunctator przestał być obelgą – stał się symbolem rozwagi i strategicznego geniuszu. Fabiusz wcale nie był bierny. Robił to, co najtrudniejsze pod presją: opierał się pokusie działania. Czuł dyskomfort, będąc postrzeganym jako słaby, realizując strategię wymagającą większej dyscypliny niż jakakolwiek brawurowa szarża.

Sztuką jest rozpoznawanie momentu, w którym działanie staje się wrogiem. Kiedy „robienie czegokolwiek” to jedynie sposób na ukojenie lęku, a nie rzeczywiste rozwiązanie problemu.

Sun Tzu pisał to wprost: najwyższą sztuką wojny jest ujarzmienie przeciwnika bez walki. Większość z nas czyta te słowa, kiwa głową, a i tak natychmiast rzuca się do działania. Dlaczego? Bo powściągliwość bywa bolesna. Powściągliwość nie wychodzi dobrze na zdjęciach. Powściągliwość nie zbiera lajków. I właśnie dlatego powściągliwość działa.

Za tą postawą kryje się koncepcja, którą niewielu dostrzega. To „ekonomia”, lecz nie ta finansowa. To ekonomia ruchu i ekonomia siły – nieubłagane eliminowanie każdego działania, które nie służy ostatecznemu celowi.

Pomyślmy o chirurgu. Nie wykonuje pięćdziesięciu cięć, gdy wystarczą trzy. Nie macha skalpelem z chaotycznym zapałem. Każde nacięcie jest precyzyjnie odmierzone, każdy ruch pozbawiony zbędnych gestów. Sukces operacji nie mierzy się tym, ile zostało wykonane, lecz tym, jak niewiele było naprawdę potrzebne, by osiągnąć zamierzony rezultat.

A teraz pomyśl o swoim życiu. Ile z twoich codziennych czynności jest chirurgicznych? A ile to po prostu pusty ruch? E-maile, których nie trzeba było wysyłać. Spotkania, które nie wniosły nic nowego. Kłótnie, w które wpadliśmy, bo ego nie zniosło milczenia. Decyzje podjęte nie z potrzeby, lecz z presji, by uchodzić za kogoś zdecydowanego.

Cal Newport, badając nawyki najbardziej efektywnych ludzi na świecie, odkrył coś pozornie paradoksalnego. Pracują mniej godzin niż ich rówieśnicy – nie z lenistwa, lecz dlatego, że bezlitośnie eliminują wszystko, co zbędne. Skondensowali swoją wydajność w skupione bloki „pracy głębokiej”, gdzie cztery godziny dają więcej niż większość osiąga w dwunastu. Opisał to m.in. w książce  “Praca głęboka. Jak odnieść sukces w świecie w którym ciągle coś nas rozprasza.”

W trzydziestym prawie z 48 Praw władzy Robert Greene pisze: „Spraw, by twoje osiągnięcia wydawały się bezwysiłkowe”. Zwykle błędnie odbiera się to jako nakaz ukrywania swojej pracy – co jest jedynie powierzchownym odczytaniem. Głębsze rozumienie tego prawa polega na takim ułożeniu życia, by sam wysiłek stał się minimalny. Nie minimalny pod względem wpływu, lecz pod względem marnotrawstwa.

Na tym fundamencie Timothy Ferriss zbudował całą filozofię działania. Zasada ta (80/20) stała się jego kompasem. Zadał pytanie, którego większość woli nie słyszeć: „Co jeśli 80% tego, co robię, jest całkowicie bezużyteczne? Co jeśli tylko 20% mojego wysiłku generuje jakikolwiek realny rezultat?” Gdy to zweryfikował, proporcje okazały się jeszcze gorsze: bliżej 95 na 5. Aż 95% jego aktywności nie wnosiło prawie niczego. Pozostałe 5% generowało niemal wszystko. Nie zaczął pracować ciężej. Zamiast tego – amputował. Odciął klientów, którzy zżerali energię, nie przynosząc zysku. Przestał chodzić na wydarzenia udające produktywność. Zautomatyzował i delegował wszystko, co nie wymagało jego osobistej decyzji. W efekcie jego dochody potroiły się, a czas pracy spadł do zaledwie czterech godzin tygodniowo. Brzmi jak bajka? To właśnie chirurgiczna ekonomia i precyzja przeniesiona na grunt codzienności.

Dlaczego więc tak niewielu z nas jest w stanie tak postąpić? Bo cięcia i rezygnacje kojarzą nam się z porażką lub brakiem odpowiedzialności. Czujemy, że oszukujemy samych siebie, bo naszą tożsamość przykuwamy do kultu wysiłku. Od dziecka uczono nas, że cierpienie to nieodłączna cena sukcesu, a każdy, kto odnosi go bez widocznego trudu, musi być oszustem. To przekonanie jest łańcuchem, który nas paraliżuje. Ci, którzy są już przed nami, przecięli go dawno temu.

Na razie może się wydawać, że to, o czym pisałem, ma niewiele wspólnego z kyudo – Drogą Łuku. Poproszę jednak o jeszcze chwilę cierpliwości. Zaraz przekonamy się, że to wrażenie jest złudne, a opisane przeze mnie zasady nie tylko mogą, ale wręcz powinny być w niej praktykowane.

No dobrze, czas na kolejną historyczną opowieść. Pomoże nam ona lepiej zgłębić istotę oczekiwania i cierpliwości – tym razem w japońskim kontekście.

Japonia, koniec XVI wieku. Trzej wodzowie – Oda Nobunaga, Toyotomi Hideyoshi i Tokugawa Ieyasu – dążyli do zjednoczenia kraju rozdartego stuletnimi wojnami domowymi. Obecnie ich postacie łączy również słynny japoński motyw literacki: trzy krótkie wiersze o kukułce (jap. hototogisu 杜鵑), tradycyjnie przypisywane każdemu z nich i często traktowane jako poetycka „zagadka” ujawniająca ich odmienne charaktery.

Teksty te po raz pierwszy pojawiły się w zbiorze Mimibukuro (耳袋) Negishiego Yasumoriego z lat osiemdziesiątych XVIII wieku, a w pełniejszej, ugruntowanej formie – w Kōshi Yawa (甲子夜話) Matsuury Seizana, władcy Hirado, spisywanym od 1821 roku.

Jeśli kukułka nie chce śpiewać, co robisz?

Nobunaga mówi: „Jeśli nie zaśpiewa, zabić ją”. Był zdobywcą, genialnym dowódcą, brutalnym, nieustępliwym. Zjednoczył Japonię samą siłą, a potem został zamordowany przez jednego ze swoich generałów w Honnō-ji w 1582 roku. Jego imperium rozpadło się z dnia na dzień lecz zostało ponownie zjednoczone przez Hideyoshiego.

Hideyoshi mówi: „Jeśli nie zaśpiewa, zmusić ją do śpiewu”. Posługiwał się wyśmienicie perswazją, był dyplomatą. Odbudował to, co rozpoczął Nobunaga, używając uroku, sojuszy i politycznego geniuszu. Ale kiedy umarł, jego dynastia ledwo go przeżyła. Jego syn został obalony w ciągu kilku lat.

Tokugawa mówi: „Jeśli nie zaśpiewa, czekać aż zaśpiewa”.

I dokładnie to zrobił. Ieyasu Tokugawa czekał dekady, lat czterdzieści. Podczas gdy Nobunaga i Hideyoshi walczyli, podbijali, powstawali i upadli, Tokugawa oszczędzał swoje siły, pozycjonował się jako lojalny sojusznik i unikał niepotrzebnych wojen. Pozwalał silniejszym wyczerpać się w starciu ze sobą. A kiedy kurz opadł, kiedy każdy agresywny gracz wyczerpał już swoją moc, Tokugawa był ostatnim, który pozostał. Nie najsilniejszy, nie najbystrzejszy, najbardziej cierpliwy. Ustanowił szogunat Tokugawa, podczas którego nastał najdłuższy okres pokoju w historii Japonii, 260 lat. Stworzony przez człowieka, którego główną strategią było… czekanie.

My jednak w obecnych czasach zostaliśmy wytresowani, by bać się wrażenia bezczynności. Sprawdzasz skrzynkę mailową dziesiątki razy dziennie nie z powodu pilności wiadomości, lecz dla iluzji kontroli. Bierzesz udział w spotkaniach nie dlatego, że są produktywne, ale z obawy, że nieobecność zostanie odebrana jako brak zaangażowania. Zapychasz kalendarz po brzegi nie z uwagi na wagę poszczególnych punktów, lecz dlatego, że pusta karta wywołuje sztucznie podsycane poczucie winy. To poczucie winy nie jest naturalne – zostało wyhodowane.

Kluczowe jest rozróżnienie między pasywnością a zwiniętym potencjałem. Większość ludzi myli te dwa stany. Pasywność to rezygnacja – bezruch wynikający z poddania się, prowadzący do stagnacji. Z kolei potencjał zwinięty przypomina sprężynę dociśniętą do granicy wytrzymałości. Choć na zewnątrz nic się nie dzieje, w środku gromadzi się energia zdolna do przekształcenia rzeczywistości w momencie jej uwolnienia. Taki bezruch to magazynowanie siły. Sztuka strategicznego nicnierobienia nie czyni z ciebie biernego obserwatora; przekształca nas w naładowaną sprężynę.

Każda chwila spędzona w strategicznej bezczynności kumuluje się. Obserwujesz schematy, które umykają osobom działającym siłowo i automatycznie. Oszczędzasz zasoby, które inni bezrefleksyjnie rozpraszają. Fizyka nazywa to energią potencjalną: głaz spoczywający na krawędzi urwiska nie wykonuje żadnej pracy, nie zmienia otoczenia, lecz jego pozycja skrywa ogromną siłę. Wystarczy lekkie poruszenie, by runął i zmienił krajobraz poniżej. Twoja powściągliwość jest tym urwiskiem, a jasność umysłu – głazem. Kiedy w końcu nadejdzie czas działania, Twój ruch będzie nasycony siłą wszystkich impulsów, którym nie uległeś, rozproszeń, którym się nie poddałeś i pochopnych decyzji, których świadomie uniknąłeś.

Przekładając to na język łucznictwa: wielu wystrzeliwuje setki strzał bez większego namysłu opierając się na wypracowanej automatyce i ma nadzieję, że trafi w cel. Tymczasem mądrzej jest poczekać, aż wewnętrzny szum ucichnie, oddech się ustabilizuje, a cel wyłoni się wyraźnie. Wtedy puszczasz cięciwę raz. Ten pojedynczy, świadomy strzał ma większą wartość niż cała seria wymuszona pośpiechem, zmęczeniem lub niepokojem. Jak ujął to Hiroshi Okazaki, Kyudo Hanshi 9 dan: „Łucznictwo polega na zbudowaniu w ciele struktury przypominającej sprężynę, a wystrzał jest jej naturalnym rozluźnieniem”.

Nasz nieustanny pęd często bierze się ze zmęczenia decyzyjnego. Rzadko się o tym mówi, ale praca pełna odpowiedzialności, połączona z chronicznym stresem i brakiem regeneracji, systematycznie drenuje zasoby poznawcze. Zmęczenie decyzyjne stopniowo nadwyręża zdolność osądu. Każda codzienna mikrodecyzja – co zjeść, co założyć, jak odpisać na wiadomość, czy odebrać telefon – pobiera zasoby z tego samego, ograniczonego rezerwuaru poznawczego. Z pozoru błahe decyzje, każda z nich ma koszt. Dlatego pod koniec dnia nasza zdolność do trafnych wyborów nie jest tylko lekko osłabiona, lecz poważnie zachwiana.

Spójrz na swój typowy dzień. Podejmujesz setki drobnych wyborów i mikrozobowiązań, które zużywają Twój osąd, zanim nadejdzie moment naprawdę istotny. Ktoś biegły w sztuce strategicznej bezczynności świadomie eliminuje większość z nich. Projektuje swoje otoczenie tak, by trywialne decyzje zostały zautomatyzowane lub zupełnie wyeliminowane. Zawęża codzienne życie do kilku kluczowych wyborów, kierując na nie całą dostępną moc poznawczą.

To nie lenistwo, lecz świadome gospodarowanie zasobami umysłowymi. Jasność myślenia działa jak zasób ograniczony. Każda godzina zmarnowana na reaktywne, bezcelowe działania to czas odebrany decyzji, która mogłaby trwale zmienić Twój kurs. Wmawiano Ci, że impet to wszystko, że raz rozpoczętego biegu nie wolno zatrzymać, że konsekwencja jest cnotą, a każda pauza oznacza cofanie się. To niebezpieczne półprawdy. Pęd ma wartość wyłącznie wtedy, gdy jest ukierunkowany. Bywają momenty, gdy trzeba przyspieszyć, szczególnie kiedy otwiera się szansa i musisz ją wykorzystać, zanim się zamknie. Jednak są też chwile, w których właściwym ruchem jest absolutny bezruch.

Japończycy posługują się pojęciem ma (間). Choć trudno je oddać jednym polskim słowem, najbliżej mu do określeń takich jak: negatywna przestrzeń, odstęp między początkiem a końcem, luka między elementami, pauza między dźwiękami w muzyce, pustka w architekturze czy oddech między wypowiedzianymi słowami.

Ma nie oznacza braku ani nieobecności. Wręcz przeciwnie – to właśnie ona nadaje kształt wszystkiemu, co ją otacza. Bez pauzy muzyka staje się jedynie hałasem. Bez pustej przestrzeni pomieszczenie przypomina celę. Bez oddechu słowa tracą wagę. Tak samo życie i każde świadome działanie potrzebują ma – strategicznego zatrzymania, uważnej przerwy, odwagi, by przestać nieustannie „produkować”, a zacząć dostrzegać. To właśnie w tej przestrzeni ujawnia się to, co umyka przy gorączkowej aktywności: schematy kryjące się za pozornym chaosem, szanse leżące na widoku, ruchy, których inni nie zauważają, bo są zbyt zajęci. Ma jest nośnikiem znaczenia. Dopiero dzięki wprowadzeniu pozornie „pustego” czasu lub przestrzeni nasze doświadczenia zyskują głębię i pełnię.

Więcej o fizycznym i praktycznym wymiarze ma, zwłaszcza w kontekście współpracy grupowej i dystansu w kyudo, znajdziecie w materiale poświęconym maai (間合い).

Co to oznacza dla Ciebie jako praktyka kyudo? Jak przełożyć tę koncepcję na strzelanie z łuku i na wewnętrzne odczucie tej „przestrzeni pomiędzy”? Cierpliwości – wkraczamy powoli w jej głębię. W kolejnych krokach przyjrzymy się temu zagadnieniu od strony japońskiej tradycji, filozofii budo oraz specyfiki samego kyudo.

Różne twarze cierpliwości

W języku japońskim istnieje wiele określeń na cierpliwość. Podczas gdy kultura zachodnia spłaszcza je do jednego, ogólnego pojęcia, Japończycy od wieków precyzyjnie rozróżniają jej odcienie – w zależności od intensywności, czasu trwania czy kontekstu.

Współcześnie najbardziej rozpoznawalnym terminem jest gaman (我慢), który najtrafniej oddaje się jako „opanowanie siebie” lub „stoicką wytrwałość”. Złożony z dwóch znaków: 我 („ja”, ego) oraz 慢 (który w słownikach bywa tłumaczony jako pycha, lekceważenie lub zbytnia pewność siebie), na pierwszy rzut oka mógłby sugerować „znoszenie trudów, by nie wystawić się na kpiny”. Jednak sięgając do korzeni, odkrywamy, że słowo to wywodzi się z buddyjskiej terminologii sanskryckiej, gdzie pierwotnie opisywało pychę ego – cechę uważaną za duchową przeszkodę. Na przestrzeni wieków, w procesie kulturowej adaptacji, gaman uległo znacznemu przesunięciu. Z pojęcia potępianego stało się społecznie pożądanym imperatywem wytrwałości, rodzajem cichej determinacji: „nie uginaj się, wytrwaj”.

Dzisiaj gaman przybiera różne, często ambiwalentne formy. Przykładem mogą być japońscy salaryman (サラリーマン) – pracownicy demonstrujący niezachwianą lojalność wobec firmy, często pozostający po godzinach nie z powodu pilnych projektów, lecz z poczucia, że „tak wypada”. To cierpliwość dyktowana normą: prawdziwy mężczyzna powinien wytrzymać, kobieta – nie narzekać i milczeć. To również opanowanie podczas nagłej katastrofy, jak ewakuacja w środku nocy w obliczu tsunami, gdy ludzie spokojnie, bez paniki kierują się w bezpieczne miejsce. To milczące zniesienie, gdy ktoś w zatłoczonym autobusie niechcący nadepnie ci na stopę, albo godne przetrwanie dwunastogodzinnej podróży w niewygodnym fotelu.

Mimo szlachetnego pozoru, gaman to często cierpliwość pozbawiona kierunku. Jest reakcją na zastane okoliczności, biernym przetrwaniem tego, co nieuniknione, bez szukania pomocy czy wyrażania własnych potrzeb. Opiera się na głęboko zakorzenionym przekonaniu, że skarżyć się „nie wypada”. W efekcie staje się nie tyle strategią rozwoju, co społecznym mechanizmem akceptacji trudów jako naturalnego elementu codzienności.

Kolejnym japońskim pojęciem opisującym cierpliwość jest shinbō (辛抱). Jego znaczenie łatwiej wyłuskać dzięki budowie znaków. Pierwszy z nich, 辛 (karai), oznacza gorycz, ostrość, surowość lub ból. Drugi, 抱 (daku), to objęcie, uścisk, trzymanie czegoś blisko siebie lub dźwiganie. Razem tworzą ideę świadomego znoszenia trudności – nie jako biernego przyzwolenia na cierpienie, lecz jako celowej akceptacji ciężaru w imię przyszłej korzyści.

Shinbō to nie zaciskanie zębów i mechaniczne trwanie w miejscu. To dojrzała decyzja, by przyjąć trud, wiedząc, że ból i wysiłek są niezbędnym etapem długofalowego rozwoju. Przykładem może być rzemieślnik, który przez miesiące, a nawet lata, poleruje jedno narzędzie, czekając, aż mistrz uzna je za gotowe. Shinbō pojawia się tam, gdzie zdajemy sobie sprawę, że droga będzie wyboista i często bolesna, lecz mimo to decydujemy się nieść ten ciężar dalej – bo wierzymy w wartość tego, co na końcu czeka.

Następnym japońskim określeniem cierpliwości jest nintai (忍耐). Rzadko pojawia się w codziennej mowie – częściej gości w dawnych traktatach, pismach filozoficznych, testamentach szogunów i źródłach poświęconych sztuce walki. Obejmuje znaczenia takie jak wytrzymałość, cierpliwość, trwałość, wytrwałość czy pełne samozaparcia znoszenie trudów.

Budowa znaków precyzyjnie oddaje jego istotę. Pierwszy, 忍 (nin), składa się z 刃 (yaiba) – ostrza, oraz 心 (kokoro) – serca (umysłu). Przywołuje obraz duszy, nad którą unosi się klinga, lecz która nie daje po sobie znać bólu ani lęku, wytrwale znosząc presję. Ten sam znak dał Japonii słowo ninja (忍者) – „ten, kto trwa w ukryciu”. Drugi człon, 耐 (tai), oznacza odporność; pochodny czasownik 耐える (taeru) tłumaczy się jako wytrzymywać, przetrzymywać, znosić cierpienie.

To właśnie nintai odnajdujemy w praktyce budo, a więc także w kyudo. Często powtarza się, że każde działanie na tej ścieżce powinno być wykonywane tak, jakby miało okazać się ostatnim – z pełnym zaangażowaniem i świadomością wagi chwili. W takim stanie wkraczamy w szczególną fazę cierpliwości. Nie ulegamy pośpiechowi, by nie odwlekać nieuchronnego, lecz kierujemy całą uwagę na precyzję, by w decydującym momencie uniknąć porażki i sprostać zadaniu. W obliczu zagrożenia – nawet jeśli jest ono tylko wyobrażone – nasza percepcja osiąga najwyższą ostrość. Nintai to zatem cierpliwość kuta w obliczu presji, która nie paraliżuje, lecz wyostrza zmysły i klaruje intencję.

W zachodniej psychologii wyróżnia się dwa podstawowe style radzenia sobie z trudnościami. Pierwszy, określany jako reactive coping (radzenie sobie reaktywne), polega na reagowaniu na czynniki stresowe, które już zaistniały. Drugi – proactive coping (radzenie sobie proaktywne) – obejmuje aktywne przygotowywanie się na przyszłe wyzwania i potencjalne obciążenia. W tym ujęciu japońskie terminy gaman oraz shinbō wpisują się w sferę reaktywną, stanowiąc odpowiedź na już zaistniałą sytuację. Natomiast w kontekście kyudo, a szerzej – sztuk walki (budo), kluczowe znaczenie ma nintai, które zalicza się do strategii proaktywnych. Dzięki temu „cierpliwość” nie jest tu jedynie odpowiedzią na bieżące okoliczności, lecz świadomą inwestycją w rozwój przyszłego siebie – niezależnie od tego, czy efekty tej postawy pojawią się wkrótce, czy dopiero za wiele lat.

Gdybym miał wskazać postać najlepiej ucieleśniającą proaktywną cierpliwość (nintai), bez wahania wybrałbym Tokugawę Ieyasu. Swoją filozofię życiową oraz podejście do sprawowania władzy zawarł w testamentowych przestrogach, które stanowiły owoc czterdziestoletniego oczekiwania na odpowiedni moment i zostały odczytane podczas ceremonii jego abdykacji. Tōshō-gū goikun (東照宮御遺訓) można śmiało uznać za motto nintai oraz cierpliwości rozumianej jako świadoma strategia działania.

 

Interpretacja tego co miał na myśli mogłaby być mniej więcej taka:

Życie człowieka jest jak noszenie dużego ciężaru w długiej podróży; nie należy się spieszyć.

Gdy uznasz niedogodności za rzecz zwykłą, nie będziesz odczuwał braku.

Kiedy w twoim sercu budzi się pragnienie, przypomnij sobie trudne chwile.

Cierpliwość (kan’nin) jest fundamentem spokoju i długowieczności.

Złość postrzegaj jako wroga.

Kto zna tylko zwycięstwo, a nie zna przegranej, ściągnie na siebie zgubę.

Obwiniaj siebie, a nie innych.

Lepiej jest nie dosięgnąć, niż przekroczyć miarę.

W zapisach tych cierpliwość przybiera formę kan’nin (堪忍) – pojęcia, które odnosi się do ducha narażonego na ciągłe próby, lecz kładzie nacisk na wytrwałość. Sam człon kan (堪) oznacza bowiem znoszenie, opieranie się trudnościom i wytrwanie w obliczu przeciwności, co precyzyjnie oddaje kontekst etyczny, charakter cierpliwości, o której pisał Ieyasu: nie jest to bierne poddanie się losowi, lecz aktywna odporność psychiczna i strategiczna wstrzemięźliwość i panowanie nad sobą. Ostatnie zdanie (及ばざるは過たるよりまされり) odzwierciedla klasyczną japońską zasadę umiaru: lepiej zachować ostrożność i nie sięgnąć za daleko, niż narazić się na skutki zbytniej pewności siebie lub przesady.

W kulturze japońskiej często podkreśla się, że właściwy moment sam się wyłoni, pod warunkiem że potrafimy czekać z uważną czujnością. Rzeczy pozornie nieistotne ujawniają swoją prawdziwą wartość dopiero po dłuższej, systematycznej obserwacji. Ilustruje to przysłowie ishi no ue ni mo san nen (石の上にも三年): „nawet kamień stanie się ciepły, jeśli będzie się na nim siedziało przez trzy lata”. Cierpliwość nie jest więc biernością, lecz procesem stopniowego przekształcania rzeczywistości poprzez stałą obecność i uważność.

W japońskich sztukach walki (budo) nintai nie ma charakteru mistycznego; stanowi praktyczne narzędzie i świadomą technikę, która usprawnia dążenie do celu. Im mniej zbędnych przeszkód i rozproszeń napotyka praktyk, tym skuteczniej realizuje zamierzone założenia. Cierpliwość pozwala na systematyczne eliminowanie tego, co nieistotne, co z kolei tworzy optymalne warunki do osiągnięcia zarówno celów treningowych, jak i życiowych.

Tworzenie poprzez odejmowanie

Gdy zapytano XVI-wiecznego mistrza, Michelangelo, jak udało mu się stworzyć tak doskonałe dzieło, odpowiedział: „To proste. Wziąłem blok marmuru i usunąłem wszystko, co niepotrzebne”. W podobny duch wpisuje się kanso (簡素) – japońska zasada prostoty, czystości i odrzucenia zbędnych elementów. Choć wywodzi się z estetyki i architektury, przenika głęboko do filozofii sztuk walki (budo). To dążenie do esencji, wolne od przesytu i chaosu, które należy łączyć z harmonią, skromnością oraz szacunkiem dla naturalnego ładu. Kanso oznacza świadomą redukcję: w przestrzeni, w ruchu, a przede wszystkim w umyśle, który pozbywa się tego, co nie służy chwili obecnej.

W tradycyjnym dojo kanso odczuwalne jest od pierwszego kroku. Przestrzeń pozbawiona jest zbędnych słów i ozdobników; jej powaga wyraża się w rzetelnym porządku i oszczędności formy. Dla praktyka oznacza to starannie ułożony sprzęt, nienaganny strój i bezbłędnie czyste miejsce. Gdy nic nie przytłacza, każdy element znajduje swoje uzasadnione miejsce. W takiej atmosferze koncentracja na relacji z nauczycielem i na samej praktyce przychodzi naturalnie.

W budo, a zwłaszcza w kyudo, dojrzewanie na ścieżce rozwoju nierozerwalnie wiąże się z upraszczaniem techniki. Początki to nauka sekwencji, kroków i form. Z czasem, wraz z doświadczeniem i głębszym rozumieniem, ruchy stają się bardziej naturalne, oszczędne i czyste. Znikają zbędne gesty, pozostaje jedynie to, co skuteczne i piękne w swojej prostocie. Redukcja przestaje być jedynie ćwiczeniem estetycznym – staje się warunkiem skuteczności.

Kanso to świadome odcinanie tego, co zakłóca linię, zaburza rytm czy rozprasza uwagę. Dopiero gdy odpada to, co przesłania sedno, może ono w pełni się ujawnić. Powtarzanie tych samych czynności setki i tysiące razy pozwala stopniowo eliminować nadmiar siły i niepotrzebne napięcia. Z czasem w ruchu angażują się wyłącznie te mięśnie, które realnie powinny pracować. Pojawia się wówczas stan świadomości, który można zrozumieć jedynie przez własne doświadczenie: ruch – czy strzał – jest poprawny dopiero wtedy, gdy usunięto wszystko, co zbędne.

W japońskich sztukach walki mówi się, że właściwy ruch nie polega na dodawaniu mocy, lecz na odejmowaniu oporu. Mistrz kyudo potrafi wystrzelić z ogromną siłą, używając słabego yumi, a z łukiem o wysokim naciągu porusza się z taką lekkością, jakby wkładał w to minimalny wysiłek – wszystko sprowadza się do jednego, klarownego gestu. Na tym właśnie polega kanso.

Filozofia ta nie powinna ograniczać się do murów dojo. Można ją praktykować w codzienności, traktując ją jako sposób organizacji energii, uwagi i obecności. Oznacza to umysł wolny od chaosu, zbędnych emocji i rozproszenia, a w praktyce – skupienie, uważność i prostotę intencji. Kanso sąsiaduje tu z koncepcją ma (間) – wartości „pustej” przestrzeni i tego, co mieści się pomiędzy – oraz z cichym shibumi (渋味), rodzajem elegancji, która nie jest wymuszona, lecz wyłania się samoistnie z prostoty. Taka czystość działania lub myśli ujawnia się dopiero wtedy, gdy skupiamy się wyłącznie na jednej rzeczy.

Współczesne badania neurologiczne wielokrotnie potwierdziły, że powszechnie uznawany za normę „multitasking” to mit. Ludzki mózg nie wykonuje jednocześnie wielu zadań – jedynie szybko przełącza uwagę między nimi. Każde takie przełączenie pochłania czas, zasoby poznawcze, prowadzi do szybszego zmęczenia i obniża jakość pracy. W budo i kyudo uczy się więc przeciwstawnego podejścia: wyciszenia i pełnego zaangażowania w jedną czynność. To umiejętność oddzielenia informacji i emocji wspierających działanie od tych, które generują jedynie szum, napięcie lub nawykowe obciążenie. Kanso w tym ujęciu staje się sztuką odzyskiwania uwagi – ograniczonego, ale niezwykle cennego zasobu, który pozwala działać świadomie, a nie odruchowo.

Adaptacja

Świadome działanie otwiera nas na możliwość elastycznego dostosowywania się do tego, co dzieje się tu i teraz. Gdy pozostajemy otwarci na nowe doświadczenia, nie przywiązani sztywno do utartych schematów, zyskujemy zdolność plastycznego reagowania na zmieniające się warunki. Być może właśnie tę ideę Miyamoto Musashi zawarł w 1645 roku, tuż przed śmiercią, tworząc ikoniczne Dokkōdō (獨行道) – „Drogę Samotności”. Jedno z jego dwudziestu jeden praw brzmi: 物毎尓すきこのむ事なし – „Nie przywiązuj się do upodobań w żadnych okolicznościach”.

Zwój zawierający zasady Dokkōdō Musashiego.

 

Dlaczego tak często wpadamy w pułapkę podziału na sukces i porażkę, „udało się” i „nie udało się”? Wszystko, czego doświadczamy, to po prostu kolejne zdarzenia. Same w sobie nie są ani dobre, ani złe. To nasze oczekiwania – przekonanie, jak rzeczywistość powinna wyglądać – nadają im pozytywny lub negatywny wydźwięk. Zarówno w myślach starożytnego Rzymu, jak i w japońskiej tradycji wielokrotnie podkreślano, że „to nie rzeczywistość zadaje ból, lecz nasze oczekiwania wobec niej”. Sztywne trzymanie się życia jak prostej, jednoznacznej linii prowadzi jedynie do ograniczeń. Co jeśli potraktujemy rzeczywistość jako nieskończony ciąg niepowtarzalnych chwil obecnych? W duchu mono no aware (物の哀れ) każda z nich jest jedyna w swoim rodzaju i stanowi pełnię samą w sobie – nie wymaga poprawiania ani interpretacji. Friedrich Nietzsche pisał o „człowieku tragicznym”, który akceptuje świat takim, jaki jest, rezygnując nie z pragnień, ale z iluzji, że rzeczywistość musi im odpowiadać. Takie nastawienie tworzy głęboką więź z „tu i teraz”.

Nieprzywiązywanie się do upodobań to nie ascetyzm, lecz uwolnienie się od wewnętrznego przymusu, by świat dopasował się do naszych życzeń. Gdy rzeczywistość im nie odpowiada, rodzą się gniew, żal, rozczarowanie lub napięcie. To nie fakty zadają cierpienie, lecz różnica między wyobrażeniem „jak powinno być” a tym, „co jest”. Porzucenie preferencji to otwartość na rzeczy takimi, jakie są. To nie dystans, lecz czujność – umiejętność dostrzeżenia tego, co wcześniej zasłaniały nasze przyzwyczajenia. W historii sztuk walki przywiązanie do jednego schematu dosłownie kosztowało życie. Przewidywalny przeciwnik był łatwy do odczytania i pokonania. Dziś, choć w budo nie walczymy na śmierć i życie, zasada ta wciąż obowiązuje. W sztukach kontaktowych, jak karate czy judo, sztywność prowadzi do technicznej porażki. W kyudo mechanizm jest subtelniejszy, ale równie istotny: chodzi o rezygnację z oczekiwań co do wyniku, formy czy tego co powinno nastąpić.

W praktyce kyudo zasada nieprzywiązania odnosi się bezpośrednio do naszych oczekiwań wobec własnych umiejętności, technik oczekiwań na to jak się zachowa ten drugi człowiek w tachi, czy zrobi to czego oczekiwaliśmy, czy stanie się to co się stało, a my tylko się dostosujemy. Hiroshi Okazaki również słusznie podkreślał, że sztuki walki opierają się na konfrontacji, a trening powinien kształtować szybką, elastyczną postawę umożliwiającą natychmiastową adaptację do zmiennych warunków. Preferencje łatwo przekształcają się w nawyki, a nawyki w ograniczenia. Gdy sytuacja wymyka się schematowi, pojawiają się emocje. W stanie emocjonalnym rośnie ryzyko błędu technicznego, a błąd techniczny niszczy poprawną formę. Bez formy strzał traci istotę – nawet jeśli trafi w cel, pozostaje „pusty”. Dlatego gdy praktyka kyudo nie układa się zgodnie z planem, zamiast panikować lub rezygnować z wartości, warto dostosować się do zastanej rzeczywistości. Zamieniamy „ma być” na „jest”. Pytanie brzmi: co z tym „jest” zrobimy?

Zasada Musashiego to zaproszenie do otwartości na nowe możliwości i świadomej adaptacji. Nie chodzi o wyrzeczenie się gustów czy celów, lecz o porzucenie iluzji kontroli nad tym, co niezależne od nas. W kyudo, jak i w życiu, polega to na odzyskaniu uważności, rozróżnieniu tego, co wspiera działanie, od tego, co generuje jedynie szum, oraz na umiejętności bycia obecnym w każdej, niepowtarzalnej chwili. To nie dystans do rzeczywistości, lecz pełne, czujne zaangażowanie w to, co się właśnie dzieje.

Otwarty umysł

Takuan Sōhō (1573–1645) twierdził, że postawa wolna od przywiązania do upodobań nie jest pustką, lecz prawdziwą wolnością. Jego przemyślenia, dostępne m.in. w „The Unfettered Mind” w tłumaczeniu Williama Scotta Wilsona, opisują wyzwolenie umysłu z sztywnych ograniczeń. Gdy myśli nie gromadzą się w nadmiarze, praktyka staje się możliwa w dowolnych – nawet niesprzyjających lub nietypowych – warunkach, które przestają wytrącać z równowagi. Spokojny umysł, nieobciążony tym, co nieistotne w danej chwili, pozwala widzieć rzeczywistość wyraźniej i świadomie wybierać kierunek działania, zamiast być biernie pchanym przez własne schematy.

Doskonale ilustruje to nauczanie Awa Kenzō, który podkreślał, że w łucznictwie istotniejszy od tego gdzie poleci strzała jest moment zwolnienia cięciwy. W prawdziwym kyudo tarcza nie jest celem samym w sobie – trafienie jest jedynie ubocznym skutkiem poprawnej formy, świadomego oddechu i przede wszystkim, klarowności umysłu. To stan mushin (無心) – umysłu wolnego od myśli, pragnień i oczekiwań. Trafienie pojawia się wtedy, gdy jesteśmy w pełni obecni w akcie działania, a nie gdy siłowo próbujemy kontrolować rezultat. Działa to jedynie wówczas, gdy przestajemy reagować odruchowo, a zaczynamy obserwować i odpowiadać na to, co się właśnie dzieje.

Gdy skoncentrujemy się tylko na danej chwili możemy osiągnąć więcej. Osoby “żyjące” dodatkowo w przeszłości i przyszłości jednocześnie działają dużo mniej efektywnie, a nawet popełniają najprostsze błędy wynikające z rozproszenia. Jednocześnie mushin nie oznacza zatrzymania się w bezruchu. Takuan Sōhō pisał również, co możemy przeczytać w  Fudōchi shinmyōroku (不動智神妙錄), jednym z najważniejszych tekstów japońskich sztuk walki, że:

心をどこにもとどめざるを妙という” (Kokoro o dokoni mo todomezaru o myō to iu) – „Mistrzostwem jest umysł, który nigdzie się nie zatrzymuje”.

Umysł zatrzymany w jednym miejscu przestaje obserwować inne rzeczy. Chodzi o umiejętność zaobserwowania myśli i wypuszczeniu jej. O traktowanie rzeczywistości jak powietrze, którym oddychamy. Oddech za oddechem, myśl za myślą. Nie trzymajmy się kurczowo jednej myśli bo się udusimy. To rozpatrywanie rzeczywistości chwila po chwili, jedna na raz, ale jednocześnie nie zatrzymywanie się i nie trzymanie się danego momentu kurczowo. We wpisie o sztuce nie próbowania wspominałem, że możemy to przyrównać do współczesnego konceptu “flow” jednakże mushin jest trochę czymś innym. O ile “flow” następuje gdy my i czynność, którą wykonujemy stajemy się jednym, o tyle mushin nie jest wynikiem sprzyjających warunków, a raczej umiejętnością wynikającą z praktyki. “Flow” nie jest możliwe w warunkach niesprzyjających, natomiast mushin najpełniej ukazuje się właśnie w warunkach trudnych.

Tsunetomo Yamamoto (1659-1719) samurai i mnich z prowincji Saga pisał w Hagakure (葉隠聞書), że “wojownik, który nie potrafi odciąć się od spraw życia i śmierci, jest bezużyteczny. Powiedzenie “jedność umysłu jest wszechpotężna” sugeruje, jakoby ważne było świadome myślenie, lecz naprawde chodzi w nim o świadome odcięcie się od spraw życia i śmierci. Dla osoby o takim nastawieniu nie ma rzeczy niemożliwych. Dotyczy to wszelkich sztuk, które prowadzą do zrozumienia Drogi,(…)” miedzy innymi drogi łuku.

W kyudo nie istnieją nieistotne gesty, dlatego każdy z nich wymaga identycznego skupienia, odcięcia się i braku pośpiechu, gdyż w fazie oczekiwania subtelne ruchy, które zwykle przeoczamy, nabierają nagle wyrazistości. Czas zdaje się rozciągać i zwalniać, a każdy gest jawi się jak czytelny symbol, mimo że nie kryje w sobie żadnej wiadomości. Jedną z najcenniejszych nauk mushin jest zasada koncentracji i zauważania wyłącznie jednej czynności naraz.

Skoro tak, to nasuwa się pytanie jak możemy wyćwiczyć spokojny umysł? Z pewnością wymaga to braku pośpiechu i wiele cierpliwości. Jak się stać bardziej cierpliwym? Cierpliwość nie polega na zaciskaniu zębów i czekaniu. Cierpliwość to umiejętność akceptowania rzeczy, które nie idą po naszej myśli i czekanie na właściwy moment. Zazwyczaj gdy czujemy narastającą niecierpliwość, oznacza to, że myślimy o sobie. Co mi nie wychodzi, co inaczej mogłem zrobić? Więc gdy następnym razem poczujesz narastającą niecierpliwość, postaraj się to zauważyć i zasygnalizować najszybciej jak się uda. Powiedz do siebie “czuję niecierpliwość”. Sama akcja przyznania się spowoduje przerwę na tyle długą, że będziesz mógł przekierować skupienie z siebie na to co robisz, na większy obraz.

Obserwując różne osoby na różnych drogach samodoskonalenia się (od kadō i shodō, poprzez karate, kendo aż do kyudo), ich sposób poruszania się, ekspresji, prezencji reagowania na bodźce – z takich obserwacji można wyczytać naprawdę dużo – doszedłem do wniosku, że sposób wykonywania formy podzieliłbym na trzy etapy.

Na pierwszym etapie uczymy się formy, zanim wykonamy ruch pojawia się tendencja zawahania, myślenia co dalej w kolejnym ruchu, pracy siłowej niekoniecznie technicznej. Tu poznajemy swoje ograniczenia, walczymy z nimi. Forma często jest szarpana, nierówna, niepoprawna, siłowa. Jednak dzięki temu początkowemu etapowi zaczynamy uczyć się siebie, zapamiętujemy, poprzez powtórzenia tworzymy pamięć mięśniową i rodzaj automatyki odruchów, działania bez zastanowienia się.

Drugi etap to bardziej płynne działania, nad którymi się już tak mocno nie zastanawiamy. Prowadzi to często do wypracowania rodzaju automatyki “bezmyślnej”, gdzie czynności czy ruchy nadal bywają siłowe, lecz zaczynamy działać na autopilocie gdzie nie zastanawiamy się co robimy. Niestety takie działanie bywa jak “wydmuszka”, może wyglądać poprawnie, ale w środku jest puste, bez znaczenia. Wtedy często zaczynamy działać poprzez ilość, gdyż wydaje się, że czym więcej coś powtórzymy tym lepiej coś opanujemy, ale na tym etapie działania masowe mogą bardzo łatwo utrwalić wypracowane poprzez pustą automatykę błędy. Niestety większość z nas bardzo długo pozostaje na tym etapie uważając, że czysta poprawność techniczna już wystarczy. Czasem miewamy przebłyski i wkraczamy na moment na kolejny poziom.

Trzeci etap rozwoju możemy zaobserwować wtedy, gdy ruch wydaje się bezwysiłkowy, niespieszny, niewymuszony. Z pustej automatyki ruchu wracamy do działania świadomego, ale nasze myśli nie są już przeszkodą, a raczej są efektem świadomej obserwacji tego co się dzieje w danej chwili. Ruch ze stanu automatycznego przekształca się w coś naturalnego, a obserwator niekiedy wręcz jest w stanie odczytać naszą wewnętrzną intencję zawartą w danym ruchu, czy nawet jego elemencie. Pomiędzy ruchami jest ma (間) przestrzeń dająca oddech i znaczenie reszcie. To właśnie tutaj wydaje się jakbyśmy nic nie robili, a zdarzyło się wszystko.

Sensei Morihei Ueshiba 植芝 盛平

Powyżej scenka, którą po raz pierwszy zobaczyłem na plakacie w nieodżałowanym Budojo. Pomyślałem wtedy, że wygląda tak, jakby wykonanie techniki wydarzyło się bezwysiłkowo i przypadkiem z jednego gestu.

Tu pięknie się wpisuje to co powiedział Awa Kenzo do swojego ucznia Herrigela: “Prawdziwa sztuka (…) niczego za cel sobie nie stawia, donikąd nie zmierza. Z im większym uporem będziesz próbował nauczyć się strzelać po to, żeby strzała trafiła do celu, tym gorzej będziesz strzelał i tym bardziej cel się będzie oddalał. Przeszkadza Ci twoja wola, zbyt uparta i samowolna”.

Każdy z nas na swojej drodze jest na jednym z tych trzech etapów rozwoju. Czasami zdarza się, że będąc na etapie trzecim wracamy do drugiego czy pierwszego. Czasami nieświadomie, a czasami specjalnie, gdyż odkryliśmy coś nowego co wymaga nauki danego elementu od początku. Ma to swoje pozytywne aspekty i pozwala budować umiejętność adaptacji i niekończącego się rozwoju. Dlatego zdarza się nam być jak Nobunaga Oda, działajmy agresywnie i siłowo licząc na efekt, który tak zdobyty jednak nie przetrwa długo. Zdarza się nam być jak Hideyoshi Toyotomi, gdzie po siłowaniu się modyfikujemy, badamy, zaczynamy używać sprytu, sztuczek, czy chodzenia na skróty w technikach. Niestety często używanie skrótów prowadzi do osłabienia technik i ich fragmentacji. Trzeba to przejść, aby nauczyć się stabilizacji. Bywa, że jak Tim Ferris odrzucamy wszelkie zbędne elementy stanowiące szum na drodze aby nasza praca była jak najmniej wysiłkowa. Bywamy jak Flawiusz, odporni na pochopne reakcje pod wpływem niepowodzenia czy zagrożenia wynikającego z nadmiernego skomplikowania. Czasami nie śpieszmy się jak Ieyasu Tokugawa i czekamy na właściwy moment.

Dodam tylko, że abyśmy nie popełniali błędu budowania techniki wokół wyobrażeń o niej. Sądzę, że pierw powinniśmy opanować techniki fizycznie, aby dopiero potem oprzeć na tym swojego ducha. Nie na odwrót, czyli nie wymyślamy teorii, potem dopasowywując doń działania.

Mając na uwadze to wszystko co było napisane miejmy teraz tylko jeden obraz w głowie i jedno pytanie. Jak to wszystko ma się do tego co robimy w shajo i na shai?

Wyobraźmy sobie, że lata powstrzymywania się od działania Flawiusza, amputacje zbędnych elementów i brak przywiązania się do nich Musashiego, chirurgiczne przemyślane działania, dekady oczekiwania Ieyasu Tokugawy na właściwy moment. Wszystko to co przepracowaliśmy przez całe życie, wszelkie nasze doświadczenia kompresujemy i zamykamy w kilku chwilach podczas procesu strzelania, od wejścia na shai, poprzez uwolnienie energii głazu spadającego z klifu podczas hanare jak nagła ekspansja sprężyny, aż do wyjścia pozostawiając nasączoną naszą energią już nie pustą przestrzeń.

W takim świetle hasło “jeden strzał, jedno życie” (一射一生) nabiera pełnego, egzystencjalnego znaczenia.

A Tobie, której z odmian cierpliwości dane było Ci doświadczyć na drodze łuku? Napisz w komentarzu.

Pamiętajmy, że nie ważne jak długo kroczymy naszą ścieżką, czuć się jak nowicjusz to wspaniałe uczucie. Oznacza to, że nie ugrzęźliśmy w wyuczonym schemacie i wciąż możemy się rozwijać, co uważam, za dobre. Starajmy się być otwarci na zmiany, żeby nie tkwić w martwym punkcie. Czasami wręcz warto udawać, że nic nie wiemy i spojrzeć na wszystko od nowa, świeżym okiem. Wtedy zazwyczaj możemy odkryć coś nowego lub spojrzeć na coś z nowej perspektywy.

Wizualizacja i werbalizacja

porady i ćwiczenia cierpliwości

 

Jak praktycznie podejść do tego co opisałem wcześniej, aby móc wypracować cierpliwość i zaaplikować świadome działanie do praktyki kyudo?

Możemy zauważyć wiele nowego w tym co już wykonujemy, lecz aby to zrobić trzeba zwolnić, czasem się zatrzymać na chwilę. Wystarczy uruchomić wyobraźnię i otworzyć się przed samym sobą, a czasem i przed innymi.

W kyudo, tak samo jak w każdej innej sztuce walki, sukces zależy nie tylko od kondycji fizycznej, ale również, a może przede wszystkim od siły i stabilności mentalnej. Przygotowanie psychiczne jest równie ważne jak trening fizyczny, ponieważ umysł jest tym, co napędza ciało do działania, pomaga przetrwać trudne momenty i podejmować szybkie decyzje.

Wizualizacja to technika przygotowania mentalnego, która polega – czasem z dużym wyprzedzeniem – na tworzeniu w wyobraźni obrazów udanych wykonanych technik, udanej realizacji założeń czy tego, na czym w danym momencie nam zależy. To wyobrażenie sobie w najdrobniejszych szczegółach sekwencji ruchowej przed jej wykonaniem, co umożliwia mózgowi „przećwiczenie” całego wzorca kinestetycznego w stanie czystej koncentracji. Dzięki temu układ nerwowy staje się lepiej przygotowany do rzeczywistego wykonania ćwiczenia, a mięśnie szybciej nawiązują optymalną współpracę, minimalizując błędy techniczne i ryzyko kontuzji.

Systematyczne praktykowanie wizualizacji, a raczej “wyobrażenia ukierunkowanego” może poprawić technikę, zwiększyć pewność siebie i zmniejszyć poziom stresu przed decydującą chwilą. Wyobrażając sobie szczegółowo każdy ruch i sukces, umysł przygotowuje ciało do jego realizacji, co może przełożyć się na lepsze wyniki.

Jak działa wizualizacja?

  • Mechanizm działania: Mózg aktywuje podobne ścieżki neuronalne podczas wyobrażania sobie czynności, jak podczas jej faktycznego wykonywania. To stymuluje pamięć proceduralną i poprawia koordynację sensomotoryczną.
  • Rodzaje wizualizacji:
    • Perspektywa wewnętrzna (1. osoba): Widzisz zdarzenia własnymi oczami, czujesz napięcie mięśni i słyszysz otoczenie.
    • Perspektywa zewnętrzna (3. osoba): Oglądasz siebie jak na nagraniu wideo, co pozwala analizować postawę i technikę.
  • Korzyści:
    • Automatyzacja ruchów: Techniki przećwiczone w umyśle stają się bardziej naturalne i pozwalają wyzbyć się pustej automatyki.
    • Zwiększenie pewności siebie: Mentalne doświadczanie sukcesu zmniejsza stres przed decydującą chwilą.
    • Poprawa strategii: Umożliwia analizowanie różnych scenariuszy. Wyobrażanie sobie tego “co by było gdyby”.
  • Jak ćwiczyć: Należy dokładnie wyobrażać sobie szczegóły: postawę, ułożenie stóp, geometrię ciała, linie i punkty kontrolne, szybkość ruchu oraz otoczenie, również zapach, dotyk, emocje. Oraz wszystko to co pozwoli nam “narysować” w głowie to co byśmy chcieli, aby się wydarzyło.

Przykładów może być wiele, ale możemy zaznaczyć dwa, wizualizację krótkoterminową i długoterminową.

  • Wizualizacja krótka: Tworzymy mentalny pozytywny obraz tego co nastąpi za chwilę, tuż przed wykonaniem czynności. Może być to cokolwiek, praca nogą przy ashibumi, ruch głowy przy monomi, rodzaj napięcia czy rozluźnienia któregoś z mięśni, czy to co się dzieje z małym palcem dłoni w tenouchi. Przykład: tuż przed uchiokoshi, gdy jesteśmy w zanshin po poprzednim ruchu czy sekwencji, wyobrażamy sobie gdzie nasze dłonie powinny się znaleźć, jakie powinniśmy czuć napięcia w ciele, a gdzie należy się rozluźnić. Wyobrażamy też sam ruch przejścia, jego płynność, rytm i czas trwania. Potem staramy się to zrealizować.
  • Wizualizacja długa: Wyobrażamy sobie przebieg zdarzenia, które nastąpi nie za chwilę, ale w dłuższym okresie czasu, za godzinę, dnia kolejnego, czy nawet za miesiąc. Tworzymy różne scenariusze, pozytywne jak i negatywne, aby przygotować się na wszelakie możliwości zaadaptowania do nieprzewidzianych sytuacji. Na przykład, wyobrażamy sobie nasze przejście shinsa, testując mentalnie wszelkie możliwości zdarzeń nieprzewidzianych jakie przychodzą nam do głowy i mogą zaistnieć, nawet te absurdalne z pozoru. Tak przygotowani będziemy dużo mniej podatni na zaskoczenie i reaktywne działanie w stresie.

Kiedy możemy ćwiczyć wizualizacje i spokojny umysł? Otóż zawsze i wszędzie! Oczywiście podczas treningu, gdy mamy czas i nikt nas nie pogania. Nie śpieszmy się, po to jest trening, aby móc pracować nad sobą. Spiesząc się wtedy zaprzeczamy idei trenowania i pracy nad cierpliwością. W domu, choćby z gomuyumi, we własnej przestrzeni, gdzie mamy spokój. Lecz także w kolejce w sklepie, gdzie zamiast nerwowo popędzać myślami kasjerkę czy kasjera – mushin. W takich przerwach w myślach wizualizacjami da radę przećwiczyć nie jeden strzał. A jak kasa się zatnie i utkniemy w kolejce na dłużej, to zamiast nerwowo tupać nóżką – mushin. Możemy wtedy czekając całe mochimato sharei w najwolniejszej odmianie w myślach przejść. Tak wypracowujemy nasze umiejętności wizualizowania w dowolnym momencie i czasie. Z praktyką tej umiejętności nawet podczas przejścia tachi, czy nawet podczas shinsa każde wypracowane zanshin jest dogodnym czasem na wizualizację tego co nastąpi w chwili kolejnej. Pamiętajmy tylko, że jeżeli nie mamy pewności jak dana technika powinna wyglądać, lub się jej uczymy dobrze nasze wizualizacje oprzeć na instruktażu nauczyciela, który pomoże nam zbudować wyobrażenia budujące poprawną formę.

Naturalnym rozwinięciem treningu mentalnego poprzez wizualizację jest werbalizacja. W treningu to świadome wypowiadanie na głos instrukcji, odczuć lub celów. Dzięki temu jest nam łatwiej przejąć kontrolę nad wykonywaną czynnością oraz zapanować nad nerwami. To używanie słów i zdań w celu kształtowania odpowiedniej postawy psychicznej, budowania pewności siebie i koncentracji. To technika wywodząca się nurtów poznawczo-behawioralnych, która polega na wyartykułowaniu tego co się dzieje w danym momencie. W psychologii sportu zależności od sytuacji może pełnić różną rolę, jednakże chodzi o zasadę działania, która opiera się na zaangażowaniu dodatkowych struktur w mózgu (ośrodek mowy). Dzięki temu bodźce stają się silniejsze niż w przypadku zwykłego myślenia i wizualizowania. Pozwala utrzymać koncentrację, przejąć kontrolę nad układem nerwowym oraz wykonywaną czynnością.

  • W psychologii sportu: Powtarzanie słów kluczowych (tzw. mowa wewnętrzna) przyspiesza czas reakcji i redukuje stres. Pomaga również „przekierować” uwagę ze zmęczenia na sam proces.
  • W treningu mentalnym: Pozwala na szybsze zapamiętywanie schematów motorycznych oraz pozwala zbudować i podtrzymać motywację.
  • Samoinstruowanie: Wypowiadanie sekwencji ruchu przed lub w trakcie jego wykonania (np. podczas wykonywania uchiokoshi powtarzam: równomiernie unoszę ręce do góry, rozluźniam plecy, opuszczam ramiona…itd ). Poprawia to koordynację, redukuje błędy techniczne, następuje szybsze kodowanie wzorca pamięci mięśniowej.
  • Autoafirmacje i słowa-klucze: Wykorzystanie haseł o wysokim ładunku energetycznym lub zadaniowym (np. „wybuch”, „szybko”, “spokojnie”, “powoli”) Zastępowanie myśli typu „nie dam rady” na „jestem przygotowany”, „uda się”. Zwiększa to poziom pobudzenia lub wyciszenia, poprawia dynamikę czy płynność ruchu, przełamuje bariery psychiczne.
  • Nazwanie stanu psychicznego: Polega na wyartykułowaniu tego, co dzieje się w ciele (np. „tracę kontrolę i zaczynam się denerwować”). Takie działanie pozwala nam opanować silne emocje i zracjonalizować problem.
  • Informacja zwrotna: Podczas pracy z trenerem, nauczycielem werbalizowanie odczuć w trakcie jak i po wykonaniu ćwiczenia pozwala na wspólne korygowanie błędów, budowaniu czucia głębokiego czyli propriocepcji oraz świadomości własnego ciała.

Dodatkowo podzieliłbym werbalizację na wewnętrzną i zewnętrzną:

  • wewnętrzna: wtedy gdy podczas wykonywania ruchu sami siebie instruujemy. Werbalizuje wypowiadając słowa “w naszej głowie” na temat tego co w danej chwili wykonujemy. “Podnoszę rękę nad czoło, blokuję kolana, luzuję ramiona”.
  • zewnętrzna: wtedy gdy wypowiadamy na głos to co wykonujemy w danej chwili lub to co zamierzamy osiągnąć:

Zewnętrzną werbalizacje możemy podzielić na:

  • osobista: do drugiej osoby, trenera czy instruktora celem pozyskania informacji zwrotnej. Czy to co mówimy naprawdę realizujemy, czy tylko się nam wydaje.
  • publiczna: zwerbalizowanie własnych celów publicznie przerzuca je na sferę zobowiązania, dzięki czemu może to pomóc nam w utrzymaniu realizacji założenia. Dodatkowo buduje to umiejętność dotrzymywania obietnic i uczy odpowiedzialności za słowa i myśli.

Kiedy możemy praktykować werbalizację? Najlepiej podczas treningu, gdy wykonując czynności werbalizujemy to co robimy w danej chwili. Podczas pracy w parach, ale również publicznie jako formę zobowiązania. Oczywiście najlepsze rezultaty daje połączenie wizualizacji z werbalizacją. Podczas mentalnego odtwarzania procesów zwiększamy zaangażowanie emocjonalne i poczucie sprawstwa. Jeśli interesuje Was temat wizualizacji i werbalizacji bardzo gorąco polecam artykuł Eweliny Soczyńskiej i Piotra Francuza, w którym temat jest dogłębnie opisany.

Ćwiczenia kyudo

Tylko dwa, ale uważam, że są bardzo mocne i mogą pomóc nam odzyskać kontrolę nad własnym ciałem, emocjami, przestrzenią i czasem.

  • Podczas procedowania fazy strzelania wykonuj wszystkie czynności pierw je wizualizując, jak byśmy chcieli aby to wyglądało. Wykonując założenia wizualizacji werbalizuj wewnętrznie lub zewnętrznie to co robisz. Jeżeli masz obserwatora poproś o informację zwrotną czy to co było w planach zostało wykonane.
    • Podczas tego ćwiczenia nie zważamy na czas trwania, gdyż proces wizualizowania i werbalizowania może zająć nieokreśloną, bardzo subiektywną, osobistą ilość czasu.
    • Jedna chwila i czynność na raz. Bez pośpiechu. Myśl, słowo, wykonanie.
  • Gdy opanujesz płynność wizualizowania i werbalizacji poszczególnych elementów, spróbuj wykonać całą formę na raz jak najbardziej płynnie z zachowaniem oddechu. Jednak każdy ruch i sekwencję wydłuż do dwóch lub trzech cykli oddechowych. Na przykład gdy normalnie przejście do daisan trwa jeden oddech, wykonaj to samo przejście na dwa lub trzy oddechy. Ważne oczywiście, aby oddech trwał niezmienioną ilość czasu i był równomierny z zachowaniem rytmu, oraz aby ruch był doń dopasowany, nie na odwrót. Tak samo z każdym elementem, a dla wytrwałych możesz tak ćwiczyć nie tylko hassetsu, ale całą formę już od wejścia na shajo.

Wbrew pozorom wykonanie tak spowolnionej sekwencji wymaga ogromnej koncentracji i pracy z własnym ciałem, a w szczególności z własnym umysłem co bywa bardzo męczące fizycznie i psychicznie. Da nam to jednak więcej określonego czasu na wizualizowanie i werbalizowanie, samokontrolę, zapanowanie nad sobą oraz nauczy uważności i zauważać drobiazgi, które zazwyczaj umykały. Uwypukli to też nasze słabe strony, miejsca czy czynniki, z którymi sobie nie radzimy. Dzięki temu będziemy mogli dalej nad nimi precyzyjniej pracować.

Na zakończenie

Kyudo jako część budo może się wydawać nieokreślone, bo podlega subiektywnej interpretacji i ocenie, ale wewnętrznie jest konkretne i precyzyjne gdyż wyraźnie dąży w jednym kierunku samodoskonalenia się. Koncepcje, myśli, estetyka czy filozofia, choć pochodzą z innej części świata i kultury, jak najbardziej dotyczą nas, człowieka i mogą być uniwersalne. To trening przede wszystkim cierpliwości, uważności, postrzegania bez pośpiechu. To nauka zauważania tego co już jest, gdyż sztuką jest przestać żyć na autopilocie i dostrzeżenie tego co tu i teraz, aby nie przeoczyć własnego życia.

 

Na sam koniec pewna scenka, która ostatnio mi się przyśniła, istny suchar z pogranicza zen:

 

“Uczeń szedł ścieżką i zobaczył siedzącego na kamieniu mistrza obok drogi.

  • Na co czekasz mistrzu? – zapytał.
  • Na nic – odpowiedział mistrz.
  • Mogę poczekać z Tobą? – zapytał uczeń.