Kyudo na planie

Kyudo na planie

Część I – 4 lata temu

Gdyby ktoś w 2014 roku, kiedy zaczynałam chodzić na zajęcia kyudo, powiedział mi, że w ciągu najbliższych 6 lat dwa razy polecę do Japonii, to na pewno bym go wyśmiała. Jeszcze kilka lat temu było to tylko marzenie na długiej liście rzeczy do zrobienia kiedyś w przyszłości. Los (a właściwie japońska telewizja we współpracy z moimi sempaiami) jednak zgotował mi miłą niespodziankę.

Moja przygoda z programem „Who wants to come to Japan” (Nippon ni ikitai!) zaczęła się w połowie maja 2016 roku. Wtedy to skontaktowała się ze mną telefonicznie przedstawicielka agencji, która koordynuje nagrania po „naszej” stronie. Wiedziałam, że twórcy programu poprosili Polskie Stowarzyszenie Kyudo o wytypowanie kilku kandydatek. Miały to być dziewczyny trenujące Kyudo, które nigdy nie były w Japonii. Nie brałam jednak tego zbyt poważnie.
By przybliżyć o co chodzi – twórcy show wybierają osoby, które mają jakąś pasję związaną z Japonią, jej kulturą, zwyczajami, kuchnią i zapraszają je do Japonii. Z Polski wzięło udział już kilka osób interesujących się sumo, kendo, onigiri, zbrojami samurajskimi, japońskim pływaniem, karpiami koi i architekturą.

W moim wypadku było tak…

W czerwcu 2016 spotkałam się z telewizją japońską na „Matsuri – pikniku z kulturą Japonii” w Warszawie. Odbywał się tam pokaz kyudo, na którym nakręcili pierwsze ujęcia. Założyłam, że materiał próbny kręcili tego dnia z mnóstwem ludzi, więc ciągle nic nie podejrzewałam. Kilka dni po pikniku skontaktowała się ze mną ta sama koordynatorka i ekipa filmowa przyjechała do mnie do domu. Nie chcę nawet mówić ile zajęło mi sprzątanie i doprowadzenie go do jako takiego porządku! Robili ze mną wywiad o kyudo i ogólnie o moich japońskich zainteresowaniach. Filmowali moją rodzinę, moje koty, cały dom oraz to, jak trenuję w ogrodzie. Nagranie trwało jakieś 4 godziny i zakończyło się szarlotką, owocami i kawą.

W połowie lipca zadzwonili z pytaniem: „Kiedy będę w domu, bo chcą nakręcić jeszcze kilka dodatkowych scen”. Pomyślałam, że pewnie o czymś zapomnieli lub coś wyszło nie tak, jak chcieli. W międzyczasie obejrzałam w internecie jeden odcinek programu, dzięki temu, gdy otworzyłam drzwi i zobaczyłam, że kamera pilnie wszystko filmuje, a koordynatorka trzyma w rękach charakterystyczny „bilet”, w końcu zrozumiałam, że naprawdę lecę do Japonii!!! W tym miejscu zaczęło się moje życie, jako gwiazdy japońskiej TV.

To był szalony dzień. Telewizja filmowała, jak się cieszę, jak mówię o wszystkim babci, jak wspólnie się cieszymy. Pojechali ze mną do pracy i filmowali, jak mówię szefowej i kolegom, że lecę do Japonii (w pracy nic wcześniej nie wspominałam o udziale w programie). W całej tej euforii przyszedł w końcu czas na ustalenie daty wyjazdu. Na początku wyjazd miał być za 3 dni od tej chwili!!! Oczywiście powiedziałam, że to mało realne, bym załatwiła wszystkie sprawy związane z wyjazdem w 3 dni, więc stanęło na 3 sierpnia. Uff… Miałam tydzień na przygotowania. Okazało się, że w Japonii prawdopodobnie będę mogła podejść do egzaminu na 1 dan, więc filmowcy zostawili mi potrzebne papiery i tak się rozstaliśmy. Miałam jeszcze trochę czasu by się z tym wszystkim oswoić i zebrać pieniądze na swój własny, prywatny, osobisty łuk, który w dodatku własnoręcznie mogłam wybrać!!!

To był zwariowany wyjazd! By zdążyć na samolot musiałam wyjechać z Łodzi pociągiem około godziny 9:00 (innego połączenia nie było). O 13:00 musiałam być na lotnisku Chopina w Warszawie. Wylot był koło 15:00. Na lotnisku byłam oczywiście dużo wcześniej, ale to był mój pierwszy lot samolotem!!! I pierwsza wizyta w ogóle na lotnisku, więc miałam czas, by jakoś się odnaleźć w tej sytuacji. Na szczęście prawie bez problemu udało mi się na lotnisku spotkać z koordynatorką, która leciała ze mną jako tłumaczka. Pomimo bezpośredniej relacji Warszawa – Tokio, lot był długi – trwał około 9,5 godziny. Koszty transportu i całego wyjazdu pokrywała telewizja.

Część II – Przylot do Japonii

Na lotnisku Tokio Narita wylądowałam 4 sierpnia około godz. 8:00 (uwzględniając różnicę czasu + 7h). Już wtedy na zewnątrz było 30°C. Około pół godziny spędziliśmy na lotnisku, gdzie ekipa filmowała moje powitanie oraz pierwsze wrażenia z lotu i z Japonii. Zaprowadzili mnie przed lotnisko, gdzie musiałam się pozachwycać bambusowym laskiem, który rośnie przed wejściem. Z lotniska Narita pojechaliśmy pociągiem do Tokio (ok. 1h drogi). W Tokio od razu przesiedliśmy się na pociąg do Osaki (ok. 4h drogi). W Osace zatrzymaliśmy się na pół godzinki by nakręcić kilka scen wychodzenia z dworca oraz odwiedzić wspaniały Kyudo sklep – Ikai Kyugu. Niestety wizyta ta trwała jakieś 10 minut, ponieważ już byliśmy spóźnieni. Poszliśmy tam tylko dlatego, że jak to typowa kobieta, uparłam się, że nie wejdę do żadnego japońskiego dojo bez nowych tabi (skarpetek do kyudo stroju). Po króciutkich zakupach całą ekipą wpakowaliśmy się w auto, którym przyjechał po nas kamerzysta i pojechaliśmy do Kobe na Uniwersytet Konan (kolejna godzina drogi) – znany ze swojego klubu łuczniczego.

Na miejscu byliśmy koło 18:00. Od razu kazali mi się przebrać w strój i śmigać na trening. Japończycy myśleli, że nie mam swojego stroju, więc przygotowali dla mnie jeden w szatni… I po co ja to wszystko taszczyłam aż z Polski??? Na treningu, zaraz po przedstawieniu się i przywitaniu z wszystkimi, od razu musiałam zaprezentować, co umiem. Myślę, że tylko dzięki potwornemu zmęczeniu udało mi się pokonać stres (w samolocie w ogóle nie spałam, więc byłam już na nogach prawie dobę!!!) Strzelałam, czując kilkadziesiąt zaciekawionych par oczu wpatrzonych we mnie. No cóż, w kyudo zawsze ktoś patrzy! Nie trafiłam w tarczę, ale nie było nawet tak źle. Trening trwał do 20:30. Gdy już myślałam, że w końcu sobie odpocznę, okazało się, że o 22:00 byłam „umówiona” z nowo poznanymi koleżankami z Konan na kolację w ich ulubionej knajpie. Niestety skończyliśmy trochę za wcześnie, więc trzeba było poczekać w obiekcie sportowym uniwersytetu. Nasza rezerwacja okazała się małą, sympatyczną knajpką. Stół się uginał od różnych japońskich potraw z których większość już znałam – edamame, tofu, łosoś, smażone ośmiorniczki i inne. Byłam już ledwo żywa, ale dzielnie siedziałam razem z koleżankami, popijając drinka mleczno-truskawkowego. Odpowiadałam na pytania o sobie, o kyudo w Polsce, o tym, czy mam chłopaka i o innych rzeczach. Ja z kolei zadałam im pytanie ze scenariusza – co sądzą o łukach bambusowych? Jednogłośnie odpowiedziały, że takeyumi są tylko dla starych dziadków (w domyśle oczywiście dla doświadczonych senseiów). Kolacja trwała godzinę. Miłym zaskoczeniem i wynagrodzeniem za pierwszy dzień zdjęciowy było zakwaterowanie w 5 gwiazdkowym hotelu (niestety był to tylko jednorazowy luksus). Nie spałam od 30 godzin…

Część III – Akcja!

Sam wyjazd trwał tydzień. Był sierpień, więc chyba najgorsza pora roku, by odwiedzać Japonię. Prawie 100% wilgotność powietrza i 40 stopniowy upał utrudniał wszystko.

Dwa pierwsze dni spędziłam na uniwersytecie Konan w Kobe. W Japonii studenci mieli akurat ferie, ale klub łuczniczy trenował codziennie między 9:00 a 18:00 z jedną 30 minutową przerwą na lunch!!! Moją osobą opiekował się jeden z dwóch senseiów z klubu. Podczas strzelania starałam się wprowadzać w życie wszystkie rady i wskazówki senseia, chociaż było to trudne. Drugiego dnia zaraz po treningu i pożegnaniu z Konan wsiedliśmy całą ekipą w auto i pojechaliśmy do Osaki. Muszę przyznać, że Kobe nocą jest przepiękne!!! W Osace od razu wsiedliśmy w pociąg pełen ludzi i udaliśmy się w stronę Kioto.

Cały następny dzień kręciliśmy sceny w Sanjusangen-do (świątyni słynnej z zawodów łuczniczych na 120 m) oraz Sokujohin (gdzie znajduje się grób słynnego Nasu no Yoichi, który jednym strzałem wygrał kiedyś bitwę). W tej drugiej świątyni modliłam się do buddy o zdanie egzaminu na 1 dan.

Mieliśmy napięty grafik. Wieczorem jechaliśmy już do Nagoi. Na miejscu mogłam przećwiczyć taihai przed egzaminem, który odbywał się następnego dnia. Okazało się, że w kyudojo czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka – Ola, z którą dwa lata temu trenowałam kyudo w Łodzi (później wyjechała na studia do Nagoi). Biedna Ola podobno 2 godziny siedziała schowana w łazience, by niespodzianka się udała!

6 sierpnia były urodziny mojej babci. Dzięki uprzejmości członków ekipy, po powrocie do hotelu, mogłam skorzystać ze Skype’a i porozmawiać z rodzinką. U nas była północ, ale w Polsce dopiero 17:00. To było zabawne, ponieważ nasza rozmowa była rejestrowana z dwóch stron – w Japonii przez telewizję, a w Polsce przez dziennikarkę Polskiego Radia (Romę Leszczyńską), która robiła reportaż o mojej przygodzie.

Następnego dnia tuż przed egzaminem musieliśmy nakręcić jeszcze kilka scen, jak wychodzę z łukiem ze stacji kolejowej w Nagoi. Przez to prawie spóźniliśmy się na egzamin! Uroczyste otwarcie całej imprezy było o 9:00. O 9:40 pisałam teorię (niestety tłumaczka nie mogła wejść ze mną, ale na szczęście pytania dla mnie były po angielsku). Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy kazali mi pisać odpowiedzi ołówkiem! Dobrze, że ktoś na miejscu miał zapasowy, bo ja miałam tylko długopis.

Mój egzamin praktyczny zaczynał się około 12:00. Przez cały egzamin byłam jak w transie. Skupiałam się tylko, by iść za osobą przede mną. Niestety stres zrobił swoje i ani pierwszej, ani drugiej strzały nie trafiłam. Reżyser bardzo to przeżywał, ale ja o dziwo byłam spokojna. Ogłoszenie wyników było o 15:00. Na tablicy były wywieszone listy z nazwiskami uczestników, gdzie dwa czerwone znaczki przy numerze uczestnika oznaczały zdany egzamin. Gdy zobaczyłam dwa znaczki przy moim nazwisku – rozpłakałam się. Cała ekipa bardzo się ucieszyła, a reżyser był wręcz zaskoczony – chyba ciężko mu było uwierzyć, że zdałam bez trafienia w tarczę. W sumie na około 50 osób zdało jakieś 11.

Po zdanym egzaminie naszym następnym przystankiem była Kagoshima, gdzie odebrał nas z lotniska następny kamerzysta, który zawiózł nas autem do Miyakonojo – miasteczka znanego z wytwórców łuków bambusowych. Następny dzień zaczęliśmy od wycieczki na lotnisko w Miazaki, gdzie musieliśmy nakręcić kilka scen. Do Miyakonojo wróciliśmy po południu po to, by odwiedzić pana Kikunaga, który od 50 lat wytwarza łuki bambusowe. I tak przez niecałe dwa dni pod okiem Mistrza przeszłam mocno przyspieszony kurs robienia takeyumi! Poznałam całą rodzinę Kikunaga i mogłam spróbować domowej kuchni Pani Kikunaga. W zamian ja zostałam poproszona o ugotowanie pierogów z mięsem…

Drugiego dnia szkolenia na zakończenie Kikunaga san poprosił mnie bym poszła z nim jeszcze raz do warsztatu, bo chce mi „coś pokazać”. Nie miałam pojęcia o co chodzi. Po wejściu do pracowni mistrz spośród wielu gotowych łuków dał mi do ręki dwa i powiedział „Spróbuj!”. Napięłam oba (oczywiście bez strzały), a on zapytał, który jest dla mnie lepszy. Było już późno, a my spieszyliśmy się na samolot do Tokio. Miałam jakąś minutę na decyzję – wybrałam ten lżejszy, a Kikunaga san mi go podarował!!! Byłam w szoku. Uściskałam go serdecznie! Ponieważ byliśmy już spóźnieni spakowałam szybko nowy łuk i poszłam się pożegnać zresztą rodziny. Wszyscy wyszli przed dom, by się zemną ostatni raz zobaczyć i po europejsku uścisnąć moją dłoń. Nagranie w Miyakonojo się przeciągnęło, więc spóźniliśmy się na samolot. Pojechaliśmy więc do Fukuoki autem. Stamtąd następnego dnia rano był samolot do Tokio. A tam w Nippon Budokan odbywały się studenckie zawody Kyudo, w których brał udział klub łuczniczy Konan University. Pojechałam im kibicować, lecz najpierw nakręciliśmy kilka scen chodzenia z łukiem po okolicy. Po zawodach odwiedziliśmy jeszcze sklep łuczniczy Asahi Archery (ponieważ przyjechałam z konkretną listę zakupów).

To już był koniec mojej wyprawy! Następnego dnia rano wracałyśmy z tłumaczką do Polski. Byłam oszołomiona całym wyjazdem i jeszcze nie do końca do mnie docierało, co się właściwie wydarzyło.

Część IV – po 4 latach

Teraz, z perspektywy czasu uważam, że była to zdecydowanie najbardziej zwariowana rzecz w moim życiu, ale cieszę się, że mogłam tego doświadczyć. Przez 7 dni odwiedziłam 8 miast. Poznałam wspaniałych ludzi i zobaczyłam na żywo rzeczy, o których mogłam tylko pomarzyć! Dzięki temu pokochałam kyudo jeszcze bardziej i zostałam właścicielką najwspanialszego łuku bambusowego na świecie. Przez krótką chwilę, byłam celebrytką i teraz mam mnóstwo kyudowych znajomych na Facebooku i Instagramie, z którymi mam nadzieję, że kiedyś się zobaczę na żywo.

W związku z pandemią twórcy programu nie mieli łatwo. Granice były zamknięte, więc musieli wymyślić inny patent na nowe odcinki. Właśnie w ten sposób powstała koncepcja kręcenia odcinków z uczestnikami sprzed kilku lat. Są to listy z podziękowaniami dla osób, które poznaliśmy w programie połączone z relacją „Co u nas słychać po kilku latach?”. Właśnie dlatego japońska telewizja ponownie pojawiła się w moim domu (scenariusz miał 18 stron, a nagrania trwały 6h). Odwiedzili mnie też na treningu w Łodzi. Tutaj nagranie trwało 3h, więc tym razem również moi koledzy mogli poczuć, jak ciężką pracą jest występowanie przed kamerą! Zatem…

Who wants to come to Japan?????