Jedno z pytań, które możemy dostać na egzaminie dosłownie brzmi: „Describe the significance of taking Shinsa” (opisz jakie znaczenie ma przystępowanie do egzaminów). Co byście napisali?
Pewnie w większości przypadków pojawiają się górnolotne pojęcia krążące wokół „samorozwoju”, „sprawdzenia siebie w sytuacji stresowej”, „weryfikacji obranej drogi” itd. A pewnie niewiele osób odważy się szczerze napisać, że „chcę zaimponować X” albo „utrzeć nosa Y” 😉
Dość dowcipnie (ale jednak na poważnie) podsumował to Kim Taylor (zasłużony kanadyjski iaidoka i jodoka, zmarł w lutym tego roku)
Za:
-
Poczucie własnej wartości
Obiektywna ocena ze strony nauczycieli to dobry sposób na budowanie zdrowego poczucia własnej wartości. Zwłaszcza jeśli istnieje realna szansa, że nie zdasz. Nawet niepowodzenie na egzaminie podniesie twoje poczucie własnej wartości, pod warunkiem, że zależy ci na rzetelnej ocenie, a nie na „odznakach za udział dla wszystkich”.
-
Słupki milowe
Egzaminy dają ci dowód, że idziesz do przodu, a ten kopniak, który zmusi cię do wyjścia z dojo i podjęcia kolejnego wyzwania, sprawi, że będziesz dalej pędzić autostradą.
-
Przydatność
Organizacje potrzebują stopni, aby system mógł funkcjonować. Zdobycie przydatnego stopnia, dzięki któremu będziesz mógł zasiadać w komisjach egzaminacyjnych, jest motywacją do zdawania egzaminów.
-
Darowizny
Wspierasz organizację, płacąc za te stopnie, a być może łatwiej jest wypisać czek na stopień niż na cele charytatywne. Jestem pewien, że wszyscy możemy znaleźć organizacje charytatywne bardziej godne wsparcia niż nasi kumple ze sztuk walki.
-
Gwóźdź, który wystaje
Stajesz się jednym z nich. Jeśli nie zdajesz egzaminów, stajesz się zagadką. Jeśli twój stopień nie odpowiada twojemu poziomowi umiejętności, zostajesz zauważony. Jeśli masz stopień odpowiedni do swoich umiejętności, trafisz do grupy „dużych chłopców” na seminarium.
-
To jest dla ciebie dobre
Egzaminy są stresujące. Jeśli sam nie stresujesz się zdaniem, możesz stresować się tym, że zawiedziesz swojego sensei. To dobry stres, który mija, gdy tylko egzamin się kończy.
Przeciw
-
To stresujące
-
Opinia
Jeśli podchodzisz do egzaminów, jesteś jednym z tłumu, który tylko goni za papierem. Jeśli nie podchodzisz, możesz uchodzić za zwolennika New Age i mówić o tym, jak to konkurencja jest problemem dzisiejszego świata i jak bardzo nie obchodzą cię te wszystkie bzdury związane z ocenianiem. Na zawsze.
-
To cholernie drogie
Myślę, że mój ostatni dyplom kosztował mnie 600 dolarów. Na szczęście wystarczyło tylko napisać esej i wysłać go e-mailem. Mój następny egzamin prawdopodobnie będzie mnie kosztować ponad 3000 dolarów, licząc loty międzykontynentalne, opłaty za seminaria, opłaty za egzamin, opłaty za certyfikat, opłaty rejestracyjne, zakwaterowanie i wyżywienie… Kto ma tyle gotówki, mając dwoje dzieci na studiach?
-
Stopień to kara
Po zapłaceniu tych wszystkich pieniędzy za uzyskanie stopnia może się okazać, że będziesz musiał wyłożyć jeszcze więcej, aby móc zasiadać w komisjach egzaminacyjnych i tym podobnych. Brak stopnia oznacza, że nie będziesz tak często proszony o zgłaszanie się na ochotnika, będziesz mógł po prostu ćwiczyć i wracać do domu.
-
Słupki milowe a przebieg
Zaczynasz mylić te dwie rzeczy. O ile nie masz zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, nie ma prawdziwego powodu, by skupiać się na każdym słupku milowym, licząc je wszystkie i katalogując ich cechy. Powinieneś cieszyć się przebiegiem na trasie, a liczenie słupków może stać się irytujące dla ciebie i twoich współpasażerów w busie.
-
Poczucie własnej wartości
Nieudany egzamin może naprawdę cię przygnębić, a to tylko przypomni ci, że jesteś próżną, egocentryczną osobą z poczuciem, że wszystko ci się należy, pragnącą uznania z zewnątrz. A kto tego potrzebuje?
Na temat zdawania egzaminów zdania są podzielone. Podobnie zresztą jak na temat sportowego współzawodnictwa…
Do żartobliwych (ale jednak całkiem serio) punktów Kima możnaby dołożyć kolejne „plusy ujemne i dodatnie”:
– Komercjalizacja: Niektóre szkoły przyznają stopnie szybko, kierując się opłatami, a nie umiejętnościami.
– Nadmierny nacisk na dany: Ryzyko przedkładania rangi nad rzeczywiste umiejętności lub charakter.
– Różnice organizacyjne: Trzeci dan w jednym stowarzyszeniu może nie być równoważny z tym samym stopniem w innym. W kyudo na szczęście tego problemu (prawie…) nie mamy.
+ Jasne etapy nauki: Zdawanie egzaminów to nie tylko formalność, ale ważny etap, który otwiera kolejne drzwi.
+ Motywacja: Przygotowanie do egzaminu mobilizuje do pracy (niestety – niekoniecznie systematycznej) i skupienia na konkretnym celu (co też nie zawsze jest dobre).
+ Poczucie przynależności do tradycji: Mamy szansę na osobiste spotkanie zarówno żyjących legend jak i przyszłych mistrzów.
+ Budowanie pewności siebie: Zdany egzamin to sukces, który (czasem ;)) zwiększa wiarę we własne możliwości i (czasem ;)) motywuje do podejmowania kolejnych wyzwań.

W eseju „The meaning od dan and shogo” Sensei Iwao Matsui (na zdjęciu powyżej) pisze tak (fragmenty):
Dla zobrazowania, czym może być uzyskany stopień dan, należy przypomnieć znaczenie drugiego kanji w nazwie kyudo. 道 (do lub michi) oznacza drogę. Zatem kolejne stopnie można porównać do kamieni milowych, pozwalających zorientować się, w którym jej miejscu się znajdujemy. Nie należy traktować ich jako licencje na np. nauczanie innych, ale raczej jako sprawdzenie siebie, swojego nastawienia, opanowania realizowanego na treningach materiału.
Ponieważ kyudo nie jest oceniane wyłącznie poprzez trafienie, nie możemy oceniać się sami. Zdajemy się na bogate doświadczenie egzaminujących, pomagających oszacowań nasz poziom.
(…)
Najwyższe cele w Kyudo są opisane w Kyudo Kyohon jako „Shin„, „Zen” i „Bi„. Ale musisz zrozumieć, że nie ma tych celów tylko na szczycie góry, są one także u podnóża góry i na każdym innym poziomie.
Przez dan nie porównujemy się z innymi ani nie rywalizujemy, jest to rozpoznanie własnego miejsca i konieczność znalezienia następnego punktu. Aby wspiąć się na poziom 1 dan, twoje shagi i taihai wzrosną o 1 krok. W tym samym czasie twój charakter również musi wzrosnąć o 1 krok. Musisz kroczyć i wspinać się posłusznie krok po kroku, we własnym tempie, na własnym poziomie, pod przewodnictwem swojego sensei lub sempai.

Gdy kątem oka, stojąc jako omae, zobaczyłem na stoliku sędziowskim na wprost mnie tabliczkę „Hiroshi Okazaki, Hanshi 9. dan”, to przypomniał mi się natychmiast Jego ciekawa ocena współczesnego kyudo okiem egzaminatora. No i na kilkanaście sekund heijoshin poszedł precz. Haya spudłowana…
Niektórzy nie lubią być oceniani, inni potrzebują (w miarę) obiektywnego potwierdzenia swoich dokonań. Co nie zawsze równa się potwierdzeniu realnych umiejętności czy „wartości” jako adepta danej sztuki! Na wynik shinsa (w odróżnieniu od inka) bardzo duży wpływ ma „dyspozycja dnia”. Oczywiście można mówić, że zawsze powinniśmy być gotowi. Jednak nawet gdy mamy średnią skuteczność trafiania na poziomie 70-80%, to egzamin może wypaść właśnie w ten 20-30 procentowy wycinek. 🙁
Mój nauczyciel mawia, że żeby zdać, trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Problem poza Japonią jest taki, że ten „odpowiedni czas” zdarza się raz w roku, a „odpowiednie miejsce” jest kilkaset kilometrów stąd…
Podróż (pomijając koszty) to jednak zwykle dość męcząca część przygody. Rok temu trzeba było pojechać do szwajcarskiego Magglingen (z Łodzi ~1300 km). W tym roku najbliżej był Wiedeń („zaledwie” ~600 km) lub Frankfurt (~950 km).
Najlepszy moment na podejście do egzaminu przypada wtedy, gdy sam czujesz, że chcesz to zrobić. To wymaga uczciwości. I pokazuje osobowość. Z bardzo mieszanymi uczuciami podchodziłem do osób, które na egzaminach na shodan wręcz chwaliły się tym, że ćwiczą od kilku (!) miesięcy… Ale to chyba można podciągnąć pod efekt Dunninga-Krugera.

W naszym ulubionym Kyudo Manual znajdziemy (str.125) fragmenty postanowień dotyczących egzaminowania. Są tam ogólne wytyczne dotyczące oczekiwanego poziomu dla każdego ze stopni. Bardziej szczegółowe wytyczne znajdziemy w Jednolitych kryteriach egzaminowania 審査統一基準 Shinsa tōitsu kijun.
Myślę, że każdy podchodzący do egzaminu powinien zapoznać się z nimi i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy je spełnia.
Znamy wiele przypadków, gdy adept podchodzi do egzaminu „korzystając z okazji” i z założeniem, że „może się uda”…
Video shinsa niestety bardzo ułatwia tego typu podejście. Ale z drugiej strony usuwa istotną barierę kosztów wyprawy na klasyczny egzamin (to chyba główny czynnik przemawiający za tym modelem).
Na drugiej szali są przypadki niedoceniania swoich umiejętności i braku wiary w sukces. Tutaj powinien wkroczyć instruktor prowadzący, odpowiednio motywując daną osobę. Być może praktycznie zapomniany system „egzaminów wewnętrznych” mógłby w tym pomóc?
Kyudo uczy, by nie mieć żalu do innych, gdy robią to lepiej niż my.
Nie powinniśmy oddzielać ciała od ducha. Przed nami wyzwania fizyczne i mentalne, którym trzeba stawić czoła jednocześnie. Na treningach, warsztatach i seminariach skupiamy się praktycznie wyłącznie na tym pierwszym aspekcie. Zwracamy najbardziej uwagę na detale, które widać (i to najłatwiejsze!), mniej na te nieco ukryte (np. mityczne tenouchi, praca pleców, tanden), ale ciągle jakoś wyczuwalne. A pozostawiamy praktycznie bez zaopiekowania olbrzymią sferę tego, co dzieje się w naszej głowie.
Ewidentnie brak jest treningów zajmujących się psychologiczną stroną naszej pasji. Wcale nie trzeba być hanshi, żeby obserwując strzelanie innych poczuć coś elektryzującego. Wręcz zobaczyć ten „balonik energii” pompowany wewnętrzną siłą w drodze go atomowego hanare. Moim zdaniem podczas shinsa na wyższe stopnie egzaminatorzy zwracają uwagę właśnie na coś takiego. „Atomowe” wcale nie musi oznaczać używania łuku o sile 20 czy 30 kg naciągu! I to powoduje, że procent zdawalności jest taki, a nie inny (na jednym z moich podejść do 5 dana na 575 zdających około 80 trafiło obie strzały, a zdało jedynie 25 osób). To obraz pewnej duchowej dojrzałości, a nie wyłącznie sprawności ciała i efektywności liczonej procentem trafień.
W książce „Zen bow, zen arrow” John Stevens cytuje myśl Awy Kenzo:
Each shot shows what you have suffered through, what you have practiced.

W budo mawia się, że duch człowieka ujawnia się w jego formie. Warto przypomnieć artykuł 3 Karty Budo, który stanowi: „Niezależnie od tego, czy rywalizuje w turnieju, czy wykonuje ustalone formy (kata), adept musi uzewnętrznić ducha leżącego u podstaw budō. Musi zawsze dawać z siebie wszystko, wygrywając ze skromnością, z godnością przyjmując porażkę i nieustannie wykazując samokontrolę.”
Aby pokonać przeciwnika, najpierw pokonaj siebie
Egzamin przy większej ilości zdających (zdarzyło mi się brać udział w shinsa na >500 osób) to poważne przedsięwzięcie logistyczne. Oprócz sporej rzeszy zwykle bezimiennych pomocników oraz łatwej do zlokalizowania komisji sędziowskiej (審判委員 shinpan iin) z siedzącym najbliżej azuchi (czyli patrząc z shai – skrajnie po lewej stronie) Przewodniczącym (審判委員長 shinpan iin-chō) można się natknąć na „osoby funkcyjne”:
– jo-gai shinko (kierowanie ruchem poza shajo, zwoływanie uczestników) 城外
– jo-nai shinko (kierowanie ruchem w shajo, obsługa shitsu) 城内審固
– mato shimpan (sędzia tarczowy) 的審判
– tekichu shimpan (sędzia zapisujący/weryfikujący trafienia) 的中審判
Szczegółowe informacje organizacyjne, ilości niezbędnych do zaliczenia punktów i głosów, opłaty, przebieg egzaminu itd. znajdziemy w Zasadach egzaminowania 審査規程 shinsa kitei.

Pamiętajmy, że egzamin zaczyna się nie od wejścia na shai, ale już od wejścia do dojo. Albo nawet wcześniej…
O tym jak się przygotować do shinsa już pisaliśmy.
A sam egzamin?
Po rejestracji i oczekiwaniu na swoją kolej (starsi później, więc czekają czasem kilka godzin!) bierzesz łuk, dwie strzały (warto się upewnić, że własne…), zapasową cięciwę i zajmujesz miejsce w tzw. „tramwaju” (taką potoczną nazwę nosi rząd krzesełek, na których oczekujemy bezpośrednio przed naszym występem). Potem zwykle jest luka w pamięci. Wychodzisz już bez strzał (chyba, że było shitsu) i możesz znowu przejść w tryb „czekaj”.
Jeśli trafiłeś (na wyższe stopnie – dwa razy) – tli się w tobie nadzieja.
Aż pojawi się lista ze zwykle czerwonymi znaczkami: 合格 gōkaku (dosł. przeszedł) lub czasem 不合格 fugōkaku (niepowodzenie). Ewentualnie pojawia się lista „szczęśliwych numerów”. No i w zasadzie możesz wracać do domu…
Sukces czy porażka? A może jednak tylko kolejny etap nauki, niezależnie od wyniku?

No to jeszcze wspominki z moich kilku wcześniejszych podejść. Tym razem będą te, które „oblałem”.
2011 Paryż
Moje pierwsze podejście do 4 dana. Spora ekipa z Polski. Wielka hala z dużą widownią zapewniała możliwość śledzenia całego wydarzenia. I to było cenne doświadczenie. A egzamin? No cóż…
2012 i 2013 Atsugi
W Atsugi (niedaleko Kanagawa) do egzaminu na 4 dan podchodziłem w dwa kolejne lata. Z jednakowym, mizernym skutkiem. Ale ciekawym doświadczeniem było samo dojo. ulokowane na V kondygnacji budynku centrum sportowego.
2015 Tsu
Pierwsze podejście do „piątki”. Fajne miejsce, świetna pogoda. Jako „świeżak” byłem prawie na początku listy, więc było komfortowo. Obie strzały wylądowały jednak kilka centymetrów nad mato…
2016 Tokio
Tokijskie dojo centralne znałem wcześniej (miałem przyjemność tam ćwiczyć). Wiedziałem więc, czego można się spodziewać (bo jest ogromne). Jednak ilość zdających (ponad 350 osób, wszyscy na 5 dan) to było COŚ…
2017 Utsunomiya
W wieczór przed egzaminem postanowiliśmy ze Stefanem wybrać się do dojo. Liczyłem, że będzie może szansa na jakieś krótkie rozeznanie terenu, a może i kilka strzałów. Lało okrutnie, bo przechodził właśnie jeden z ostatnich tajfunów. Kiedy przemoczeni do cna dotarliśmy do położonego za miastem kyudojo, okazało się, że jest zamknięte, bo wszystko już ustawiono na egzamin. Zatem odwrót (znowu w deszczu). Suszenie ubrania i butów w hotelu z założenia skazane było na porażkę. Na szczęście w nocy chmury się rozeszły i na egzamin było ślicznie. Choć tyle, bo ze strzelaniem poszło średnio…
2018 Tokio
Jeśli zdawało mi się w 2016 roku, że 350 osób to jest COŚ, to co powiedzieć o 570? Tak, wszyscy na 5 dan. Zdało – 25… Ale to było cenne doświadczenie. Lekcja cierpliwości i włączania trybu „oszczędzania energii”. Upewniłem się, że wolę jednak mniejsze dojo 🙂
Sporo tego… Był jeszcze Wiedeń 2024 i tegoroczny Frankfurt. Zawsze się zastanawiam, czy kolejne podejście miało/będzie miało sens… Ale cieszę się, że nie przyszło mi żyć w erze Sengoku. Bo wówczas oblanie egzaminu zwykle kończyło się gwałtownym urwaniem linii rodowej 😉
Za każdym razem jest jednak jakaś kolejna lekcja. Mawiamy przecież 射即人生 (sha soku jinsei). A od czasu do czasu przypominam sobie film „One shot. One life”. Jeśli nie widzieliście – to polecam.
Nie sposób (nawet w takiej „trylogii”) poruszyć wszystkich aspektów związanych z egzaminami. Pewnie powstała na ten temat niejedna poważna praca naukowa. Ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Każdy ma szansę znaleźć własne „za” i „przeciw”.
Tuż przed wyjazdem do Frankfurtu Tomek B. przypomniał mi bardzo ważną myśl (a właściwie cytat z książki „Wielka Panda i Mały Smok”). I z tym Was (i siebie) zostawiam.



































































